Przez ostatnie kilkanaście lat wykreowano jedynie słuszny układ, który można nazwać neo- solidarnościowo – postkomunistycznym. Opanował on sfery finansowo-bankowe, polityczne i medialne. Te naczynia połączone wspierają się wzajemnie na każdym polu. Kto by nie rządził gangiem dominujących partii (zmieniających nazwy, ale o stałym składzie w sensie towarzysko-osobowym) linia polityczna jest zawsze ta sama. Ze wszystkich możliwych stron wmawia się nam, że najwyższym dziełem człowieka rozumnego jest liberalna demokracja. Przestrzeń polityczna jednostki oraz grup społecznych zamyka się w mitycznym współuczestnictwie; w rytuale zapełniania kartkami urny wyborczej – jako pośrednika szarych mas z niebiańskim światem wybrańców ludu. W tajemnym procesie liczenia głosów przez komisje, których żaden profan nie ma prawa widzieć na oczy, namaszczeni zostają kapłani demokracji, politycy samorządowi i parlamentarni. Te świeckie rytualna, powinny wytworzyć u demokratycznego ludu cześć ku swoim nominatom, a u obserwatorów ich zacnych poczynań zapewnić najwyższy szacunek. Tak więc zafundowano demo-społecznościom parodię religijnych uniesień, oczywiście z góry skazanych na wyszydzenie, bo z tego pseudo kościoła polityczni kupcy szybko czynią halę targową, zaś medialni strażnicy czystości demonstrują milionom, że „najwyższe dzieło” jest kloaką moralnych karłów, zapiekłych w małostkowych sporach i załatwianiu prywatnych interesów. Czy to system jest żałosny, czy ludzie do niego nie dorośli, czy wreszcie Katonowie z mediów nie są lepsi od piętnowanych przez siebie demoliberalnych polityków? Sam obrzęd uświęcenia systemu, w którym kliki partyjne żonglują nazwiskami na listach i dopiero tak przyrządzoną zupę podają wyborcy, jest mocno podejrzany pod względem etycznej przejrzystości. Już na wstępie, to nie wyborca decyduje o tym kogo wybierze, ale ci którzy z niewiadomych powodów wiedzą, że jakiś członek partii jest niewłaściwy, a inny może zostać uwzględniony na wyborczej liście. Z góry wiadomo, iż z „demokratycznego” wyścigu o władzę odpadną partie nie pokazywane na okrągło w TV, nie szastające milionami na billboardy, tony plakatów, bannery i płatne audycje – jednym słowem na propagandę w najlepszym, stalinowskim stylu. Przechodniu, spójrz przed wyborami na te mordy pięć na pięć metrów obok każdej głównej ulicy, toż to widoki żywcem wzięty z „Roku 1984” Orwella! Wielki Brat patrzy z każdego kąta, nawet w PRL-u nie było podobnej gigantomanii i przeznaczania góry pieniędzy na tak chamskie pod względem estetycznym i moralnym imprezy. Demokracja kosztuje nas więcej od socjalizmu, to po co komu taki ustrój? Przez ostatnie kilkanaście lat wykreowano jedynie słuszny układ, który można nazwać neo- solidarnościowo – postkomunistycznym. Opanował on sfery finansowo-bankowe, polityczne i medialne. Te naczynia połączone wspierają się wzajemnie na każdym polu. Kto by nie rządził gangiem dominujących partii (zmieniających nazwy, ale o stałym składzie w sensie towarzysko-osobowym) linia polityczna jest zawsze ta sama. Niekiedy dopuszcza się do żłoba zgranych radykałów w typie Leppera, którzy dali się establishmentowi kupić. Ich koniec jest szybki i żałosny. Nikt nie ma szans przełamać monopolu relatywizmu, czego znakomicie pilnują media elektroniczne, szczególnie telewizja. Tam, pokazuje się na okrągło zamknięty krąg politycznych gwiazdorów, którzy zdobywają popularność nie pracą i przymiotami charakteru, lecz samym istnieniem i gadaniem niekoniecznie z sensem, jak to bywa w tasiemcowych telenowelach. Telenowelizacja polityki skrajnie demoralizuje ich uczestników, dla których przestaje mieć znaczenie czarna i anonimowa robota dla dobra kraju i narodu. Polityk jest medialną małpą, dbającą wyłącznie o częstotliwość występów przed kamerami. Karmi w ten sposób własne ego i wypełnia telewizyjną ramówkę. Profesja polityka bardzo traci w TV-nowskim przekazie, bo rządzi nim mechanizm zabawy i taniego kabaretu. Prezydent, premier, ministrowie i parlamentarzyści przyjmują tę formułę i są z własnej woli rządzącymi państwem błaznami, nie do odróżnienia od jakiegoś Kuby Wojewódzkiego z towarzystwem, czy gości głupkowatych programów rozrywkowych Szymona Majewskiego. Komicznym tego przykładem jest „Kazio” Marcinkiewicz, pewnie dobry kiedyś chłopina, niegdyś wprost obrazkowy przykład dobrego katolika, męża i ojca, któremu włożono za duże buty władzy i odbiło mu na tle kasy, przywilejów i gadżetów z tym związanych, co zaowocowało wreszcie kochanką Izabell i bazarowym gwiazdorstwem w tabloidach. Widzowi, z zaklejonym telepapką mózgiem, podoba się małpa w dowolnym kształcie – aktora, kabareciarza albo parlamentarzysty. Trudno później mieć pretensję do małpy-polityka, że kieruje państwem ze zdolnościami szympansa. Media zarabiają na wykreowanych partyjnych liderach, a banki pompują w partyjne molochy kredyty i pożyczki (porządzą, to zwrócą z procentem i jeszcze załatwią prawne ułatwienia w grabieniu szaraków). Jak ten interes można sobie wyobrazić bez kulminacji w postaci kolejnych wyborów, które nic nie zmieniają, ale dają układowi finansowo-propagandowy zastrzyk mocy? Wegetujemy w systemie, gdzie jesteśmy karzełkami w świecie depczących nas słoni. One zafundowały sobie demokrację liberalną i znakomicie z niej żyją, a karzełków potrzebują jako wyborczego mięsa armatniego, co to zapycha urny i pozwala słoniom zakłamywać rzeczywistość ryczeniem o społecznym mandacie swej władzy. Dopiero gdy pokażemy im figę i puste śmietniki na kartki wyborcze, dyktatura słoni będzie zagrożona. Mądry – bo świadomy – bojkot jest naszą największą wolnością. W demoliberalizmie inaczej ze słoniami nie wygramy.